Kajetany- sposób na zbliżenie się do własnego dziecka

Regularne badanie słuchu to dla mnie konieczność. Musze przyznać, że w Kajetanach całkiem nieźle to wymyślili. Taka wizyta to nie tylko badanie, ale i idealny sposób dla wszystkich rodziców, którzy tak jak moi rzadko kiedy są w stanie poświęcić  tylko mi  4 -5 h . 100% uwagi tylko dla dziecka.  No prawie,  bo jednak trzeba śledzić czy na magicznych ekranach nie pojawił się mój nr pacjenta.

Idealny szpital

Niby jestem tu po razy nasty, niby przygotowana (książki, prowiant, naładowany telefon:), niby nie powinno być zaskoczenia  … a jednak zawsze się nastawiamy, że tym razem musi pójść sprawnie. Ten kompleks leczniczy zawsze robi na nas wrażenie. Nawet leżąc tu na oddziale nie dają odczuć, że jesteś w szpitalu. Tak wyglądał mój sierpniowy pobyt.

ABR w Kajetanach. Halo czy na pewno dobrze trafiłam:)? Tak powinien wyglądać. W Kajetanach nie ma nudy. szpital. P
ABR w Kajetanach. Halo czy na pewno dobrze trafiłam:)?

 

 

 

 

 

 

Idealny Pacjent

Dlatego szanując ogromny trud zachowuję się jak wzorowy pacjent, ochraniacze muszą być:)

Ochraniacze muszą być
Ochraniacze muszą być
77 w kolejce, nie jest źle:)
77 w kolejce, nie jest źle:)

 

 

 

 

 

 

 

Przede mną tylko 76 pacjentów (godz 9:40), hmm pewnie nie uda się załatwić wszystkich zaplanowanych na dziś spraw.Początkowe nastawienie jak zawsze pozytywne. Mikołajek może nie zaskoczy, ale na pewno nigdy się nie znudzi.

Z Mikołajkiem mogę tu trochę posiedzieć:)
Z Mikołajkiem mogę tu trochę posiedzieć:)

 

 

 

 

 

 

 

Idealna konsultacja

Pierwsza konsultacja odrywa od lektury bardzo szybko. Kamerka, haczyk, jeszcze raz kamerka, mini odkurzacz, kolejny raz kamerka i uszy wreszcie są czyste, gotowe na serię badań. Powrót na korytarz i zaczyna się znane wszystkim jego bywalcom wyczekiwanie numerka, który ma się pojawić na jednej z magicznych tablic. Pierwsze dwie godziny jestem  super dzielna i zabrany zestaw lektur pochłania mnie bez reszty.

Pola na ulicy Czereśniowej
Pola na ulicy Czereśniowej

 

 

 

 

 

 

 

Tłum na korytarzu bez zmian  ten sam tzn. Zmieniają się twarze i tak pokonujący korytarzowe kilometry dwulatek zwalnia miejsce głośno dyskutującym nastoletnim graczom, maluch w wózku po przetestowaniu walizki  zabawek odpuszcza i w końcu pada, narzekający starszy pan ma dość i całkiem rezygnuje. Mija trzecia godzina, a wraz z nią szanse, że zdarzę na moje cotygodniowe zajęcia w OWI, nie mówiąc już o szkole rejonowej, której w końcu muszę wytłumaczyć dlaczego nie  mają co się mnie spodziewać w tym roku. Kończy się czwarta godzina oczekiwania i całe prowiant zabrany  z domu. Na więcej nie ma co liczyć, bo przecież nie wyskoczymy do baru, żeby nam kolejka minęła:) Ci co zjawili się tu całą rodziną  mają więcej szczęścia i nawet prawdziwą majówkę są w stanie zorganizować przed drzwiami gabinetu. Ja sobie grzecznie siedzę wtulając się w mamę, wspólne chwile w końcu bezcenne. Czasem już nie wytrzymuję, wstaję  i …

Głupawka po 4h
Głupawka po 4h

 

 

 

 

 

 

 

W końcu książkę zastępuje telefon i zaczyna się prawdziwa zabawa.

Selfie pod gabinetem
Selfie pod gabinetem

 

 

 

 

 

 

 

Idealne badanie słuchu

Nagle moje wygłupy przerywa dźwięk z tablicy potwierdzający, że teraz to jest mój czas,  moje badanie słuchu. Wchodzę na pewniaka, bo wiadomo, że po drastycznym czyszczeniu ucha już nic złego mnie tui nie spotka. Mama już od 4h zapowiadała, że tym razem czeka na mnie interaktywna gra. Dziwne, ale mimo tylu godzin czekania nie straciłam cierpliwości i wyjątkowo szybko, bez wiercenia, marudzenia przechodzę przez kolejne badania słuchu. Na koniec zostawili najfajniejsze, coś niedostępnego dla malucha, za którego byłam do tej pory brana. Dostaję do ręki magiczny guzik, na uszy wielkie słuchawki i możemy zaczynać. No prawie bo ja może jestem cierpliwa, ale mama niekoniecznie. A okazuje się, że jako stojak na kable do mojej „gry” musi. Po krótkiej, ale dosadnej uwadze Pana technika zamienia się w słup soli i teraz rzeczywiście lecimy. W trakcie gry strateg dostosowuje zasady do mojego poziomu i zamiast sygnalizować dźwięki guzikiem mam mówić kiedy i w którym uchu słyszę. Wszystko idzie dobrze do momentu jak mnie Pan technik trochę podpuszcza i pyta w którym uchu słyszałam dźwięk, którego w ogóle nie było. Ja jak młody pelikan łykam  i odpowiadam cokolwiek. Tym sposobem dochodzimy do etapu „GAME OVER”:( No nic pewnie następnym razem pójdzie lepiej, dopracuję strategię i trak szybko nie polegnę:)

BILANS

5 h mile spędzone  z ukochaną mamą, głównie na korytarzu poradni w Kajetanach; czyste uszy; zjedzone babeczki dyniowe, ciasteczka bezcukrowe; wypita woda, soczek; zagrane; poczytane; pogadane… szkoda, że na koniec smutna wiadomość- jest niedosłuch  na jednym uchu. W sumie to tylko raz wyszłam stąd bez niego, będzie dobrze, trzymajcie kciuki:)

 

 

 

Weekendowo na sportowo

sport, rodzina, zespol downa, rower, konie, zawody

Jak z każdą terapią, tak i ze sportem. Nigdy nie jest za dużo. Dla mnie zawsze pozostanie dostępny tylko ten bardzo, bardzo amatorski. Nikt nie ma ambicji robić ze mnie sportsmanki. Sport w naszym wydaniu ma umilać czas wolny, być alternatywą do siedzenia w domu i oglądania bajek (o zgrozo NIE!!!), integrować rodzinę, nabywać nowe umiejętności, utrzymać nasze ciało smukłe i zdrowe, uczyć przeżywać porażki i cieszyć się sukcesem, motywować do osiągania więcej, więcej, więcej.

W ostatni weekend z czystym sumieniem możemy odhaczyć punkt po punkcie.

Najważniejsza była akcja ROWER.  Ja w dalszym ciągu się nie przekonałam (chociaż gotowość już widać), więc pozostało mi kibicowanie, a było komu). Na pierwszy rzut poszedł Tymek. To dla niego pierwszy poważny start. Wydawać by się mogło, że zupełnie nie odziedziczył „genu rywalizacji”. Błąd. To, że ostatni przekroczył linię start nie oznacza, że  się poddał. W odpowiedzi na pytanie mamy „Tymciu dlaczego nie wyprzedzasz? Dawaj, jesteś ostatni”. Odpowiedź mogła się wydać załamująca: „mamo ja mam taką strategię, żeby być ostatnim…(załamanie mamy)…po to żeby mieć więcej osób do wyprzedzania”. Co prawda wszystkich nie wyprzedził, ale sport to też umiejętność godzenia się z porażką i budzenie nowych ambicji. W przypadku Tymka zadziałało. Ma ambitny plan zapisać się do klubu kolarskiego. Niech z tych z ambicji zostanie połowa- regularne przejażdżki rowerowe, a będzie sukces.  Póki co to ja jestem lepiej przygotowana.

rower, sport, pola na rowerze

 

 

 

 

 

Sportowy weekend nie skończył się na rowerach. Po wielu przymiarkach odbyła się moja pierwsza jazda na prawdziwym koniu. Trafiłam na dużego, ale bardzo łagodnego konia- Halifę. Po 3 godzinach na słońcu (kibicowanie Tymkowi i Tacie), nie byłam specjalnie chętna do ćwiczeń i współpracy. Jednak za duży toczek, spadający co chwila na oczy, sam wymusił ruch.

Na koniec coć na pograniczu sportu i rekonstrukcji historycznych. Flis 400-lecia  z Ulanowa do Gdańska miał swój planowany postój k/ Kozienic. Byłam, zobaczyłam, dziwiłam.  tratwa

 

 

 

 

Rozpędzona sportowym weekendem kontynuowałam ten trend w tygodniu. Najpierw po wielu tygodniach przerwy (przewlekły katar, kaszel, płyn w uszach) wróciłam na basen. Jak zawsze przekonana o swoich niezwykłych umiejętnościach unoszenia się na wodzie bez żadnych zbędnych zabezpieczeń. Mam nadzieję, że mój nauczyciel (wracam, do niego niebawem) zauważy mój ponadprzeciętny brak lęku i  samodzielne pływanie okaże się tylko kwestią czasu. Kolejnym sportowym wyzwaniem był „Dzień Sportu” w przedszkolu. Tutaj już takiej wiary w moje sportowe umiejętności nie ma. Chociaż następnego dnia, jak wjechałam  na teren przedszkola śmiałym szusem  na hulajnodze, pierwsze co usłyszałam od chłopaków z grupy to „Pola ścigamy się”? Może jednak widzą we mnie równego przeciwnika?

Jedno jest pewne- w „domowym” sporcie nie mam taryfy ulgowej. Wszyscy wierzą, że już niedługo przyłączę się do przejażdżek rowerowych, czy wycieczek górskich. Fajnie by tez było znaleźć coś swojego, coś w czym byłabym naprawdę DOBRA.

Pola- Pani dobra rada

Jeśli ktoś dzieliłby dzieci na te kulturalne, uprzejme, zdyscyplinowane i posłuszne  oraz  niegrzeczne, roztrzepane,  bałaganiarskie i chaotyczne pewnie znalazłabym się w tej pierwszej grupie.

Nawet nie wiem jak to się stało, ale reguły tzw. „dobrego wychowania” mam opanowane do perfekcji. Dlatego jeśli ktoś w moim otoczeniu o nich zapomina szybko przywołuję go do porządku. Najczęściej zdarza się to Tymkowi. Niby nad tym pracuje, ale efekty póki co skromne. To ja stoję na straży kiedy i jak ma się przywitać, pożegnać, uciszam jak jest za głośno, sprzątam za niego i przypominam o odrabianiu lekcji. Ostatnio zabłysnęłam również swojej mamie. Wizyta w sklepie obuwniczym  była tego najlepszym przykładem. Po przymierzeniu chyba wszystkich sandałów dostępnych w moim rozmiarze moja cierpliwość niestety nie została wynagrodzonaL  Wychodzimy z niczym, zmierzając do samochodu. Wtedy ja grzecznie zwracam uwagę- Mamo hulajnoga została! No cóż, po kimś Tymcio swoje roztrzepanie musi mieć (z zagubionych rzeczy w szkole można by już przygotować wyprawkę dla całej klasyJ Nie tylko jestem poukładana, ale naprawdę  staram się być bardzo uprzejma. Pewnie trochę nadużywam słowa przepraszam, ale nie umknie mi jeśli ktoś wypowiada je za rzadko. Schodzimy ze schodów, wymuszamy pierwszeństwo, zatem przydałoby się wypowiedzieć jakieś magiczne słowo. Cisza. Włączam się więc- Mamo co się mówi? Mama- ???; Ja- No co się mówi: przepraszam, proszę?; Mama-Przepraszam???; Ja- No właśnie – Przepraszam:)

Na szczęście nie zawsze szufladkowanie się sprawdza. Mimo, że jestem zdyscyplinowana, sama pilnuje swojej dawki ćwiczeń, regularnego rytmu dnia to  mój upór nie pozwala mi być zawsze zdyscyplinowaną dziewczynką. Śpiewać, tańczyć na zawołanie. Podobnie niestety reaguję na kontrolne wizyty np. u logopedy (nie te, do których jestem przyzwyczajona). Potrafię przez dobry kwadrans milczeć, już otwiera się szuflada, ale na szczęście wkracza mama. Mój upór mija, a moja wyobraźnia bez granic daje swój popis niesamowitej historii – ja + paczka dzieci z przedszkola wsiadamy do auta i ja jako kierowca wiozę nas na niezapomniana wycieczkę nad morze. Całość wypowiedziana zrozumiale, z dużą liczbą przymiotników nadających tej historii jeszcze więcej emocji. Można, można. Tylko niestety nie na zawołanie.

Rowerowy maj. Kolejne pół godzinki.

Tymka szkoła przystąpiła do projektu rowerowy maj i … i nie ma lekko. Wykorzystali skuteczny chwyt- nagradzanie naklejkami za każdy przyjazd do szkoły na kółkach, o własnych siłach. Efekt? Pod szkołą zamiast trąbiących na siebie samochodów  cała masa rowerów, hulajnóg, rolek itp. 

Pomysł super, a że Tymek po naklejkę pierwszy, rodzice musieli napięty logistycznie poranek jeszcze bardziej napiąć. Efekt? Pobudka zamiast o 6:00 jest dla niektórych pół godziny wcześniej. Pierwszy jedzie pod szkołę samochód. Powrót kierowcy na hulajnodze. Po pół godzinie drogę do szkoły pokonuję z Tymkiem wg założeń „Rowerowego Maja”.

rowerowy maj

 

 

 

 

 

 

Niestety, mimo że śmigam na hulajnodze całkiem sprawnie ciężko mi utrzymać prędkość Tymka. Poza tym takie poranki to nowość, więc trzeba się zatrzymać, rozejrzeć.  Mija kolejne pół godzinki i dojeżdżamy do szkoły. Tymek dołącza do klasy, hulajnogi wędrują w bagażniku, a ja z mamą mogę na spokojnie wyruszyć do przedszkola autem.  Porozmawiać, poprzytulać ulubione maskotki, czy głośno pośpiewać moje hity Lao Che. W końcu kilkanaście kilometrów w warszawskich korkach nie  pokonamy krócej niż kolejne pół godzinki.
Kubuś w aucie