Narty- sukces czy porażka?

Jest praca, jest i puchar
Jest praca, jest i puchar
Jazda na nartach nie dla wszystkich

Moje zimowe wyjazdy  pojawiły się wcześniej niż opanowałam chodzenie. Opatulone zawiniątko przekładane było z sanek do nosidła, z nosidła do wózka, z wózka do auta. Wszystko po to żeby chociaż biernie przyglądać się moim narciarzom, zarówno tym zaawansowanym, dzięki którym zaliczyłam pierwsze zjazdy na nartach już w nosidle, jak i tym początkującym, którzy żałowali że nie rozpoczęli swojej narciarskiej przygody jako dzieci. Lata mijały, rodzice się rozjeździli, a wraz z nimi mój brat Tymek. Zostałam jedynym biernym uczestnikiem tych wycieczek, pod którego ustawiane były dyżury. Mama, tata lub ciocia spędzali ze mną czas pod stokiem, urozmaicając go jak tylko mogli. Wszyscy przyzwyczaili się do takiego grafiku i założyli, że tak już pewnie zostanie.

Wszyscy jeżdżą, będę jeździć i ja

Tylko ileż można siedzieć pod barem popijając czekoladę i objadając się frytkami? Pech chciał, że warunki dla „saneczkarstwa” były zazwyczaj marne, więc nawet ta aktywność zajmowała mnie tylko na chwilę:( W takiej sytuacji narty musiały pojawić się na moich małych, wiotkich nóżkach prędzej czy później. Pierwsze toporne kroki w ciężkich butach, pierwsze  szusy w nartach, pierwszy orczyk, pierwszy instruktor i pierwszy prawdziwy zjazd odbył się w fatalnych warunkach. Rokietnice nie rozpieszczały. Chęci jednak pozostały i to było w tym roku najważniejsze.

Metoda małych kroków

Tym razem czeskie pagórki zamieniliśmy w słowacki Snow Paradise na Wielkiej Racy. Ośrodek raczej nienastawiony na uczące się jazdy dzieci.  Brak typowych szkółek z taśmą, dziecięcym slalomem itp. Najłagodniejszy zjazd na wysokości ok 1000 m n.p.m, na który trzeba wjechać wyciągiem krzesełkowym. Stąd też przerażenie rodziców  było wprost proporcjonalne do moich chęci nauki jazdy. Największy plus tego kompleksu to naprawdę mało ludzi. Zupełny brak kolejek, swobodna jazda po stoku, super. Ja nie wadziłam im, oni nie przeszkadzali mi, a mama nie miała dodatkowego stresu, że ewentualny nieporadne wsiadanie na orczyk wstrzyma tłum marudzących ludzi:)

Narty Wielka Raca
Narty Wielka Raca

Jak zawsze w nowych sytuacjach jest strach jak te nieporadne nóżki dojdą do wyciągu, jak na niego wejdę i jak zejdę. Dodatkowo zawsze dochodzą obawy czy trener/instruktor zrozumie, że moje potrzeby są jednak wyjątkowe i potrzebuję na opanowanie każdego etapu więcej czasu. Na szczęście trafiłam na przyjazną szkołę narciarską, gdzie instruktorzy nie podzielali obaw moich rodziców, potraktowali mnie zupełnie zwyczajnie. Założyłam narty i w pełnej gotowości śmignęłam kolejką na górę. Tam krok po kroku zaczęło się oswajanie ze stokiem.

Krok po kroku dio samodzielnego zjazdu
Krok po kroku do samodzielnego zjazdu
Najważniejszy jest trener

Chęci chęciami, ale jak utrzymać motywację kiedy wszystko idzie tak powoli? Kiedy wszyscy wkoło śmigają, a mi wciąż wszystko się rozjeżdża? To ile mogę z siebie dać zawsze zależało od osób, które mnie wspierały. Osób, które nie poddawały się tak jak ja, a z drugiej strony traktowały  mnie jak normalnego dzieciaka. Dzieciaka, którego trzeba zaangażować, pochwalić i sprawić radość. Dlatego codziennie rano niecierpliwie czekałam na Pana Tomasa (dla mnie Tomka, żeby brzmiało jak tata:) i chciałam zaczynać od nowa. Od rozgrzewki pełnej zabawy, w która nawet Tymka udało się zaangażować.

Zaczynamy od rozgrzewki
Zaczynamy od rozgrzewki

Poprzez trudne wjazdy długim orczykiem, wzloty i upadki, aż do przyjemnego szusowania.

Opadam z sił
Opadam z sił

 

 

 

 

 

 

 

Sami zobaczcie jak to wyszło:)

A na koniec najlepsze jazda bez trzymanki, super prędkość,  uśmiech nieschodzacy z ust  i chichot  na cały stok. Wszystko to na rękach instruktora. Świat należy do odważnych- udowadniam:)

Czy było warto próbować jazdy na nartach?

Tak wiem, że moja jazda nie powala. Kilka godzin z instruktorem, a efekty jak przy pierwszej godzinie na stoku:( Dla nas najważniejsza jest jednak nadzieja, nadzieja że będę samodzielnie jeździć, że będę równoprawnym uczestnikiem zimowych wypraw. Tak jak zawsze poświęcę na to pewnie 10 razy więcej czasu niż przewiduje „norma”. Byle tylko starczyło mi zapału, rodzicom cierpliwości i środków oraz zawsze trafiali się  instruktorzy z takim zrozumieniem i pasją. Dziękuję:)

Idealny prezent- zabawa i terapia w jednym

Jaki prezent dla 7-latki?

Dziękuję Ci św. Mikołaju za idealny prezent dla mopjej córki. Wiem, że nie było łatwo. Bo jak uszczęśliwić 7-latkę, która nie orientuje się jaka księżniczka jest na topie, na Barbie nawet nie spojrzy, a większość zabawek edukacyjnych jest dla niej zbyt skomplikowana. Jedyny bohater, który zagościł w jej sercu to ukochany Mikołajek (bohater serii książek Sempre i Gościnny). Tylko niestety kultowy Mikołajek staje się coraz bardziej niszowy i nie jest tak jak jej bliski producentom zabawek.  Dlatego nie jest łatwo  wzbogacać mikołajkową  kolekcję . Jakimś cudem kolejny raz się udało, HURA!!!

Mikołajek najlepszy prezent na świecie
Mikołajek najlepszy prezent na świecie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To co niedźwiadki lubią najbardziej:)

Mikołaj dba też o to żeby Pola nie zamykała się tylko w świecie swojego ukochanego bohatera. Próbuje przemycać mniej lub bardziej udane prezenty. Zazwyczaj nie są to grające, różowe, plasikowe gadżety, które prawdopodobnie trafiłyby w gusta jej rówieśniczek. Niestety nawet te drewniane małe domki z przepięknymi mebelkami, duże kołyski dla lalek wielkości naturalnych bobasów nie podbiły jej serca i szybko poszły w odstawkę:( Jedynym tematem, który jest w stanie zainterować na dłużej jest jedzenie. Dlatego ten motyw od dawna wykorzystywany jest na sto różnych sposobów do poprawy tego jak liczy, czyta, pisz, segmentuje, rysuje, różnicuje i wszystko razem ogarnia. Czasem dadzą się jej też  troszkę tym jedzeniem pobawić:)

Jak zostałam kucharzem
Jak zostałam kucharzem

 

 

 

 

 

 

 

Zabawka, która zainspiruje na długo

Zatem idealny prezent dla Polki  to taki, który pozwala pobawić się troszkę dłużej i jej i podczas zabawo- terapii. Polka zdecydownie należy do grupy dzieci, które w zabawie potrzebują motywacji i inspiracji. Tak, ma swój świat gdzie wszystko w szczegółach przedstawia swoim ulubionym pluszakom, z którymi toczy dyskusje, śpiewa i rechocze długie wieczory. Jednak najchętniej, również w sprawach kulinarnych, wybiera proste rozwiązania i zamiast  przygotować, pogotować, wsłuchuje sie w inspiracje „Kucharza małego”. Odkrycie smakowitego pudełka od Pudło nie Nudno stało się prawdziwa przygodą kulinarną, która bedzie trwała przez najbliższe tygodnie.

Pudło nie nudno - Smaki i smaczki
Pudło nie nudno – Smaki i smaczki
Smaki i smaczki zamknięte w  PUDŁO NIE NUDNO

Temat przewodni jakim jest jedzenie teoretycznie przewija się w zabawach i terapii  Poli od dawna. Wszystkie zamknięte w Pudle inspiracje do zabaw nie są żadnym odkryciem. Które dziecko nie bawiło się w  kucharza, kelnera czy ogrodnika? Tylko który rodzic ma czas/zdolności manualne żeby z taką precyzją przygotować samodzielnie cały kucharsko/ogrodniczy asortyment i to w stanie surowym, aby dziecko mogło dokonać samodzielnie obróbki? W naszym domu zdecydowanie potrzebujemy takich pomocy, a gotowe pomysły i projekty dla dzieci wraz ze wszystkimi materiałami do ich wykonania są strzałem w dziesiątkę. Dlatego Pola od razu po otwarciu magicznego pudła założyła profesjonalną czapkę  kucharza, fartuszek i wziełą sie do roboty.

Lista zakupów
Lista zakupów

Na początek trochę teorii i usystematyzowanie wiedzy o tym co jest zdrowe, jakich niezbędnych składników nam dostarczaja poszczególne produkty itp. Żeby nie było za nudno od samego początku rozleniwione paluszki Poli poszły w ruch i odpowiednio pokolorowały przygotowane katoniki wg wzoru. Po podklejeniu ich gotową naklejką rzepową stały się idealnym elementem do układania listy zakupów na gotowej podkładce z filcu:)
Następny krok to własna restauracja z menu wielokrotnego użytku, w którym każdy klient może odznaczyć na jaką dokładnie kanapkę ma dziś ochotę.

Menu w Restauracji u Poli
Menu w Restauracji u Poli
Moje pieniądze
Moje pieniądze

 

 

 

 

 

 

Drewniane produkty, wcześniej pomalowane przygotowanymi farbami i flamastrami i papierowe pieniądze stały się na długo wspaniałą zabawką angażującą całą rodzinę. Dodatkowo inscenizacje takich scenek to idealne sytuacje do ćwiczenia pamięci słuchowej i odtwarzania po kolei tego co zostało wypowiedziane, bo przecież kolejność składników ma w naszych kanapkach ogromne znaczenie:) Po dodaniu cen przechodzimy na wyższy poziom restauratora biznesmena, który potrafi dobrze i szybko wykonać szybkie obliczenia i nigdy nie pozwioli sie oszukać:)

Kanapka według życzenia klienta
Kanapka według życzenia klienta

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pudło nie nudno pozwoliło Polce choć na chwilę stać się technologiem żywienia, restauratorem, kelnerem i kucharzem, a przed nami jeszcze wiele nieodkrytych inspiracji.

Kraków na szybko

Wakacyjny kompromis

Tak, nadszedł ten czas kiedy moje wakacje zaczynają się różnić od wakacji Tymka. Do jego samodzielnych wyjazdów już się przyzwyczaiłam. Jest szkoła, jest piłka są i obozy i wycieczki, ale żeby zabierać mamę i urządzać górskie wycieczki beze mnie? Tego jeszcze nie było:( Niestety po przekroczeniu magicznej wagi 20 kg nawet największy mięśniak nie dałby rady transportować mnie w nosidełku cały dzień. Teraz czas na samodzielne wyzwania. Jak głowa kupi chodzenie dla samego chodzenia, wspinanie dla satysfakcji i widoków zapierających dech w piersiach to i nogi dadzą radę. Na pewno ten moment nadejdzie. Póki co są środki zastępcze.

Kraków na pocieszenie

Lepiej nie mogliśmy trafić. Co za wydarzenie dla wszystkich zajaranych rowerami- start Tour de Pologne. Zawodnicy na wyciągnięcie ręki-nie ważne, że ich twarze nic mi nie mówią:) Te emocje, odliczanie, trąbienie, klaskanie, krzyki tłumów kibiców i ja w samym środku tego cyklonu. Chłopaki ruszyli z prędkością światła i można  było zacząć normalnie zwiedzanie.

Tour de Pologne, rowery, kolarstwo, wyścigi
Tour de Pologne: Dzień 1 Kraków-Kraków

Normalne jak na możliwości żaru z nieba i braku jakiegokolwiek planu. Jechaliśmy z trzech stron (Zakopane, Warszawa, Kozienice), więc po małym zamieszaniu udało nam się spotkać wczesnym popołudniem. Niestety było już za późno żeby dostać bilet do podziemi Rynku, czy Wieży Mariackiej. Na pocieszenie została Bazylika Mariacka i Wawel -wersja również skrócona, ale z interesującą wystawą „Wawel Zaginiony” i oczywiście obowiązkowym Smokiem.

weekend w Krakowie, Kraków, rodzina w Krakowie

Dzieci na Wawelu, zwiedzanie Krakowa, KrakówPola w Krakowie, Wawel, zwiedzanieKraków, zwiedzanie, rynek w Krakowie

Wisła Panie

Rok rzeki Wisły, rzeka częścią miasta, tam zaczyna się życie. To wszystko znam już z Warszawy. W Krakowie wygląda to nieco inaczej. Samo uregulowanie rzeki wprowadza pewną sztywność i sztuczność. Dodatkowo tłumy turystów w okolicach Wawelu, akwizytorzy-wysłannicy firm przewozowych po Wiśle jeszcze bardziej to podkreślają. Na pewno to tylko mały wycinek całego odcinka „krakowskiej” Wisły, dlatego najlepiej zweryfikować pełen obraz wypływając w krótki rejs:)Rejs po Wiśle

Tymek na Wiśle, Wisła w Krakowie

Pola z dziadkiem płyną Wiśle

Wiatr na Wiśle

Kraków w słońcu

Krótki wypad, więc mimo braku planów, a raczej z planem „bez ciśnienia”, dzień kończymy tuż przed północą. Wtedy właśnie odpalam zarezerwowane „na baranach rodziców” pokłady energii. Nie ważne, że bez muzyki, bez publiki. Ważne, że to ja decyduję kiedy tańczę i śpiewam. Taki występ niestety nie do powtórzenia na życzenie kogokolwiek.

dance in the mindnight, Kraków nocą, niekończąca się energiaTaniec nocą, Kraków nocą, nie potrzeba mi muzyki

A po ciężkim dniu…

Najlepiej odetchnąć w miłym miejscu, niebanalnej przestrzeni, w której możesz poczuć się jak w domu. Trafiliśmy idealnie. Blisko Rynku, urocza kamienica i przestrzeń urządzona w każdym detalu. Wynajem Airbnb dał radę. Żaden hotel by tego nie zagwarantował.

Wszystko naturalne, solidne, odświeżone starocie subtelnie połączone z prostymi formami IKEA. Do tego wszędzie przemycone detale hydrauliczne (żyrandole, uchwyt na papier itp). Polecam, rekomenduję i wystawiam pięć gwiazdek ofercie Jakuba i Kasi. Idealna dla rodziny (duży, integrujący stół), dla grupy znajomych, nieznajomych (3 osobne sypialnie, 2 toalety).

Kraków airbnbKraków airbnbKraków airbnbKraków airbnbKraków airbnb

A na zakończenie Kazimierz i Wieliczka

Niestety bez specjalnych zdjęć, bo tata widocznie nie jest na baterie słoneczne i im większa dawka tym szybciej siada. Nie robi zdjęć na „japońskiego turystę”, więc jak kończy się artystyczna wizja kończy się i fotoreportaż.

Pierwsza przymiarka do poznania krakowskiego Kazimierza odbyła się już nocą. Cudnie, swojsko, na luzie i rzeczywiście widać, że to tu spotykają się tubylcy oddając Rynek turystom. To tu kwitnie nocne życie. Nic dziwnego, że trochę później budzi się ta część miasta (potwierdzone przez mamę podczas porannej przebieżki:). Koło południa życie wraca tu ponownie. Każdy zakamarek tego dawnego żydowskiego miasta kryje w sobie prawdziwą historię, a zdecydowanie łatwiej było ją poznać z super przewodnikiem. Niestety bez zdjęć i zdecydowanie za krótko. Dlatego na pewno tu wrócę.

Po południu fala upałów dawała o sobie coraz bardziej znać. Czas uciekać z gorących uliczek Krakowa. Idealne ukojenie znaleźliśmy w położonej o kilka kilometrów dalej kopalni soli. Tutaj na szczęście z biletami nie było problemów. Wizja 3h tuptania pod ziemią i tak nie napawała mnie optymizmem, żeby jeszcze drugie tyle stać w kolejce po bilety. Na szczęście było warto. Dałam radę. Rzeczywiście labirynt solnych korytarzy jest niezwykły, a wielkie komnaty robią wrażenie.

Wieliczka, zwiedzanie Wieliczki, Wieliczka dla dzieci

Jedna ważna nauka- nauczyć się patrzeć prosto w oczy właściwej osobie:)

Wieliczka król i królowa

Wieliczka król i królowa

Wakacyjny wypad weekendowy był super, ale ja już od połowy niedzieli myślałam tylko kiedy znowu będę mogła uściskać mojego pupilka Fredka, dopytując o to z częstotliwością 10+ na godzinę:) Na szczęście wakacje trwają i to u babci i dziadka.

Najlepsza motywacja

Tak, to mi wychodzi najlepiej- powtarzanie, naśladowanie, „małpowanie”, bo wiadomo powtarzam słowa, nabywam umiejętności i naśladuję zachowania, nie tylko te które chcieliby rodzice.

Być jak Tata

Zabawa z tatą rzadko jest nauką, ale nie ma lepszego sposobu na zmotywowanie i opanowanie umiejętności niż prezentowanie ich w mistrzowskim wykonaniu.

Pełna koncentracja, ręka pracuje, ale dorównać skupionemu tacie nie będzie łatwe:)Zabawa z tatą rzadko jest nauką, ale nie ma lepszego sposobu na zmotywowanie i opanowanie umiejętności niż prezentowanie w wykonaniu mistrzowskim

nauka rysowania, nie ma jak tata zmotywujeByć jak Pola

Cała ja i nie mówcie, że jest inaczej. Ta radość kiedy widzisz swój portret, który wyszedł z rąk taty.cała ja, być jak Pola

Ciężko jest mnie zmotywować do rysowania, a jak już się zdecyduję to mimo usilnych starań tylko ja potrafię (no i może otwarci terapeuci) dojrzeć w kolorowych gryzmołach moje prawdziwe przesłanie. A wystarczy tylko włączyć wyobraźnię:)

Tatę jeszcze ciężej uaktywnić na tym polu, chociaż jego ołówek jest chyba bardziej zaczarowany niż mój:) Co prawda troszkę pojechał, wyprzedził czas. Najważniejsze, że potrafi wyobrazić sobie mnie za kilka lat. Nie krytykuję, akceptuję, tak jak on.

Kajetany- sposób na zbliżenie się do własnego dziecka

Regularne badanie słuchu to dla mnie konieczność. Musze przyznać, że w Kajetanach całkiem nieźle to wymyślili. Taka wizyta to nie tylko badanie, ale i idealny sposób dla wszystkich rodziców, którzy tak jak moi rzadko kiedy są w stanie poświęcić  tylko mi  4 -5 h . 100% uwagi tylko dla dziecka.  No prawie,  bo jednak trzeba śledzić czy na magicznych ekranach nie pojawił się mój nr pacjenta.

Idealny szpital

Niby jestem tu po razy nasty, niby przygotowana (książki, prowiant, naładowany telefon:), niby nie powinno być zaskoczenia  … a jednak zawsze się nastawiamy, że tym razem musi pójść sprawnie. Ten kompleks leczniczy zawsze robi na nas wrażenie. Nawet leżąc tu na oddziale nie dają odczuć, że jesteś w szpitalu. Tak wyglądał mój sierpniowy pobyt.

ABR w Kajetanach. Halo czy na pewno dobrze trafiłam:)? Tak powinien wyglądać. W Kajetanach nie ma nudy. szpital. P
ABR w Kajetanach. Halo czy na pewno dobrze trafiłam:)?

 

 

 

 

 

 

Idealny Pacjent

Dlatego szanując ogromny trud zachowuję się jak wzorowy pacjent, ochraniacze muszą być:)

Ochraniacze muszą być
Ochraniacze muszą być
77 w kolejce, nie jest źle:)
77 w kolejce, nie jest źle:)

 

 

 

 

 

 

 

Przede mną tylko 76 pacjentów (godz 9:40), hmm pewnie nie uda się załatwić wszystkich zaplanowanych na dziś spraw.Początkowe nastawienie jak zawsze pozytywne. Mikołajek może nie zaskoczy, ale na pewno nigdy się nie znudzi.

Z Mikołajkiem mogę tu trochę posiedzieć:)
Z Mikołajkiem mogę tu trochę posiedzieć:)

 

 

 

 

 

 

 

Idealna konsultacja

Pierwsza konsultacja odrywa od lektury bardzo szybko. Kamerka, haczyk, jeszcze raz kamerka, mini odkurzacz, kolejny raz kamerka i uszy wreszcie są czyste, gotowe na serię badań. Powrót na korytarz i zaczyna się znane wszystkim jego bywalcom wyczekiwanie numerka, który ma się pojawić na jednej z magicznych tablic. Pierwsze dwie godziny jestem  super dzielna i zabrany zestaw lektur pochłania mnie bez reszty.

Pola na ulicy Czereśniowej
Pola na ulicy Czereśniowej

 

 

 

 

 

 

 

Tłum na korytarzu bez zmian  ten sam tzn. Zmieniają się twarze i tak pokonujący korytarzowe kilometry dwulatek zwalnia miejsce głośno dyskutującym nastoletnim graczom, maluch w wózku po przetestowaniu walizki  zabawek odpuszcza i w końcu pada, narzekający starszy pan ma dość i całkiem rezygnuje. Mija trzecia godzina, a wraz z nią szanse, że zdarzę na moje cotygodniowe zajęcia w OWI, nie mówiąc już o szkole rejonowej, której w końcu muszę wytłumaczyć dlaczego nie  mają co się mnie spodziewać w tym roku. Kończy się czwarta godzina oczekiwania i całe prowiant zabrany  z domu. Na więcej nie ma co liczyć, bo przecież nie wyskoczymy do baru, żeby nam kolejka minęła:) Ci co zjawili się tu całą rodziną  mają więcej szczęścia i nawet prawdziwą majówkę są w stanie zorganizować przed drzwiami gabinetu. Ja sobie grzecznie siedzę wtulając się w mamę, wspólne chwile w końcu bezcenne. Czasem już nie wytrzymuję, wstaję  i …

Głupawka po 4h
Głupawka po 4h

 

 

 

 

 

 

 

W końcu książkę zastępuje telefon i zaczyna się prawdziwa zabawa.

Selfie pod gabinetem
Selfie pod gabinetem

 

 

 

 

 

 

 

Idealne badanie słuchu

Nagle moje wygłupy przerywa dźwięk z tablicy potwierdzający, że teraz to jest mój czas,  moje badanie słuchu. Wchodzę na pewniaka, bo wiadomo, że po drastycznym czyszczeniu ucha już nic złego mnie tui nie spotka. Mama już od 4h zapowiadała, że tym razem czeka na mnie interaktywna gra. Dziwne, ale mimo tylu godzin czekania nie straciłam cierpliwości i wyjątkowo szybko, bez wiercenia, marudzenia przechodzę przez kolejne badania słuchu. Na koniec zostawili najfajniejsze, coś niedostępnego dla malucha, za którego byłam do tej pory brana. Dostaję do ręki magiczny guzik, na uszy wielkie słuchawki i możemy zaczynać. No prawie bo ja może jestem cierpliwa, ale mama niekoniecznie. A okazuje się, że jako stojak na kable do mojej „gry” musi. Po krótkiej, ale dosadnej uwadze Pana technika zamienia się w słup soli i teraz rzeczywiście lecimy. W trakcie gry strateg dostosowuje zasady do mojego poziomu i zamiast sygnalizować dźwięki guzikiem mam mówić kiedy i w którym uchu słyszę. Wszystko idzie dobrze do momentu jak mnie Pan technik trochę podpuszcza i pyta w którym uchu słyszałam dźwięk, którego w ogóle nie było. Ja jak młody pelikan łykam  i odpowiadam cokolwiek. Tym sposobem dochodzimy do etapu „GAME OVER”:( No nic pewnie następnym razem pójdzie lepiej, dopracuję strategię i trak szybko nie polegnę:)

BILANS

5 h mile spędzone  z ukochaną mamą, głównie na korytarzu poradni w Kajetanach; czyste uszy; zjedzone babeczki dyniowe, ciasteczka bezcukrowe; wypita woda, soczek; zagrane; poczytane; pogadane… szkoda, że na koniec smutna wiadomość- jest niedosłuch  na jednym uchu. W sumie to tylko raz wyszłam stąd bez niego, będzie dobrze, trzymajcie kciuki:)

 

 

 

Bo zawsze warto spróbować

Udało się, zimowy wyjazd w góry nareszcie przypieczętowany. Prawdziwe narty, prawdziwy instruktor, prawdziwy orczyk, prawdziwa górka i prawdziwa ja:)
narty

Warunki nie były łatwe- mgła, widoczność na jakieś 10 m, zacinający deszcz, zmarznięty śnieg. Wyzwanie teoretycznie nie było wielkie- zjazd ponad 300 m. Jednak w praktyce dla moich małych stóp i wiotkich nóg pierwszy zjazd okazał się prawdziwym wyzwaniem. Kilka lat obserwowałam pod stokiem jak jeżdżą inni. Dwie próby zapoznawcze z nartami  i jazda. Nie było taśmy, nie było wyrwirączki i szkółki dla maluchów. Były moje chęci, determinacja  najbliższych i cierpliwa instruktorka.

Czy pierwsza próba zmotywuje do dalszej pracy? Czas pokaże. Trzymajcie kciuki. Pewnie będzie potrzebne kilka lat żeby rodzinne wyjazdy na narty wyglądały „normalnie” nie tylko na zdjęciu.

narty, rodzina, śnieg, ferie, uśmiech, warto próbować,

Zawsze warto próbować. Niemożliwego nie osiąga na pewno ten kto nie próbuje:)

SZACH-MAT

Ostatnie tygodnie mnie nie oszczędzały. Katary, zapalenia, biegunki, antybiotyki i wreszcie ta straszna bakteria, która sponiewierała moje dwudziestokilogramowe ciało, zmniejszając jego  gabaryty o jakieś 15%.  Do tego moja upartość zdominowała całą mnie.  Podobnie jak w szachowym „macie”,  jestem w sytuacji bez wyjścia. Pozamiatane.

Jednak odizolowana od kolegów, przedszkolnych wydarzeń, terapii staram się nie wypadać z rytmu. szach-mat

Od zawsze uczę się głównie przez naśladowanie. Zapamiętuję dużo mniej niż przeciętny 6-latek, ale to co zostaje naprawdę długo potrafię wykorzystać. Szkoda, że tylko wśród bliskich mi osób. Babcia, czy Dziadek pewnie by nie uwierzyli, że przekroczenie gabinetu psychologa, terapeuty zazwyczaj równa się paraliż mojego aparatu mowy:(  To samo dzieje się na przedszkolnych przedstawieniach, czy w ogóle zajęciach grupowych. Ta rozgadana Polka, udzielająca rad swojemu bratu (Tymek, nie wolno jeść tak dużo czekolady), motywująca przyjaciół podczas gry w szachy (Filip, jesteś naprawdę dobry:), rozkminiająca  na głos relacje z drzewa genealogicznego, czy związki przyczynowo-skutkowe zjawisk przyrodniczych obserwowanych na podwórku babci,  dyskutująca na każdy temat ze swoja terapeutką Daną, coraz częściej zamienia się w milczącą skałę. Wiem, że w ten sposób tylko zrażam do siebie dzieci, nie daję możliwości wystawiać sobie wyższych not w testach i innych ocenach. Sama siebie szufladkuję do tych co nie potrafią, są słabsze, gorsze i nie ma co w nich pokładać żadnych nadziei:( Tych co coraz większymi krokami zmierzają do szkoły specjalnej, a nie jak wskazywały pierwotne założenia psychologów, ambicje rodziców, czy ogólna opinia o możliwościach integracji.                                                                                                               Czy zatem moja walka o normalność została zakończona? Czy na pewno byłoby „normalnie” gdybym kontynuowała swoją ścieżkę edukacyjną wśród dzieci bez znacznych „obciążeń”? Nikt nie lubi szufladkowania. Tylko jak zintegrować się z „normalną” częścią społeczeństwa, jak  stać się jednym z nich. Jak czuć się swobodnie, jak pozostać sobą?

Coraz częściej zaczynam wątpić, że jest to możliwe:(

Blogerka Polka inspiruje na Święta

IMG_6633 (1)Czas Świąt, czas prezentów, czas obdarowywania najbliższych. Wszyscy czekamy na ten moment, kiedy po długim odliczaniu, pod pięknie ubraną, pachnącą choinką odnajdujemy swój wymarzony prezent. Tylko skąd  Mikołaj, Gwiazdka, czy inna dobra istota wiedzą co chcemy dostać, co nas ucieszy, co się przyda i zadowoli na dłużej niż do wyjścia z wigilijnej kolacji?  Onlinowych inspiracji jest z roku na rok coraz więcej. Blogerzy przeczesują dla Mikołaja internet, żeby znaleźć najbardziej dopasowane produkty do najbardziej wybrednych użytkowników. Żeby Mikołaj nie kierował się tylko modą, ale również różnymi preferencjami i potrzebami. Żeby mógł zaoszczędzić i obdarować wszystkich:)

Ze mną jest naprawdę ciężko. Z jednej strony dużo nie potrzebuję, radość sprawiają mi naprawdę zwykłe drobnostki. Gorzej znaleźć rzecz, na którą rzeczywiście zwrócę uwagę  w codziennej zabawie. Dlatego wszelkie lalki, szczególnie te z nogami po samą szyję, zabawki „edukacyjne” z dźwiękami o  częstotliwości nieakceptowalnej przez większą część społeczeństwa, pozostają nierozpakowane, przekazane innym dzieciom.

W tym roku Mikołaj ma prościej przygotowałam dla niego długąąąąąąąąąąą listę. Może okaże się inspiracją  również dla innych dzieci?IMG_6588

 

Tak, tak nie jest pewnie uniwersalna, tak jak nie są uniwersalne potrzeby wszystkich dzieci lat 6. Pamiętajcie my mamy już swoje zainteresowania. W moim przypadku od jakiś 3 lat prezentem trafionym w punkt jest nowa książka lub inny gadżet związany z nieśmiertelnym Mikołajkiem. Jednak na pierwszym miejscu znalazły się inne rzeczy. No cóż musiałam być wyjątkowo głodna. Mikołaju, tę potrzebę już od napisania listu rodzice zaspokoili kilkukrotnie, zatem kluski z makiem, czekoladki  i kakao w innej postaci możesz sobie darować:)

Zdjęcia? nie koniecznie mojego autorstwa, bo jak widać narzędzia też są mi potrzebne.

Lego? musiało się pojawić żeby całkiem nie wykluczyli mnie z grupy. Chociaż nie całkiem rozumiem ten fenomen. W moim przypadku wykorzystywane jest tylko podczas ćwiczeń z mamą. Dobrze, że brat zadbał wcześniej w swoich listach do Mikołaja i teraz z ludzików Duplo można odtworzyć całą przedszkolną grupę:)

Bluzka?– nie, nie musi być różowa, z Frozen czy inną księżniczką, z Mikołajkiem pewnie nie dostaniesz, więc tutaj nie mam specjalnych preferencji, no może oprócz dużego dekoltu żeby łatwiej przez głowę przechodziła i żeby udowodnić wszystkim Paniom Przedszkolankom, że potrafię się sama ubrać i rozebrać.

Rower?- w sumie bardziej by mi się przydała umiejętność jazdy, może nowy, wypasiony model mnie lepiej zmotywuje? Niby dlaczego tata chce swój całkiem nowy i sprawny  już wymieniać?

Na koniec to co najważniejsze MIKOŁAJEK- to co pozwala mi zasypiać każdego dnia, co umila popołudnia moim misiom, kiedy czytam im przygody pogodnego chłopca. To co łatwiej mnie identyfikuje. Tutaj mnie pewnie Mikołaju nie zaskoczysz, ale jest kilka egzemplarzy na tyle zużytych, że chętnie podmienię:)

Pozdrawiam przedświątecznie i nie zapomnijcie zainspirować  i podziękować swoim Mikołajom:) Ja dla mojego upiekłam dziś całą górę pierników, druga  poszła tradycyjnie do kosza bo ciut za ciemna wyszła:)

Ugniatam ciasto na pierniczkiWałkuje ciasto na pierniczki

Moje milowe kroki bez narzuconych „deadlinów”

Kapitan
Jedna z pierwszych mądrych porad, jaką usłyszeli rodzice
po moim urodzeniu, była  zawarta w słowach doświadczonego rodzica niepełnosprawnego dziecka: „zobaczycie każdy jej mały postęp będzie dla was niebywałym sukcesem”. Tak się stało. Cieszą się z moich postępów, ale głównie najbliżsi. Tylko oni widzą je w innej skali. No bo dla kogo sukcesem byłaby np. umiejętność picia ze słomki? Tylko dla tych, którzy wiedzą, że zanim ją opanowałam wiele dni chodziłam z rurką akwarystyczną i wciągałam napoje jakimś skomplikowanym sposobem razem z ciocią.  Wolniejszy rozwój ma też swoje plusy, nic nie umyka, pozwala nacieszyć się rozwojem dziecka na każdym etapie. Nie ma tego nerwowego porównywania co powinno robić dziecko mając 3, 6, 12 miesięcy. Troski dlaczego jeszcze nie siedzi, chodzi, mówi skoro wszyscy rówieśnicy już to robią. Z założenia stałam się wyjątkowa, a mój rozwój nieprzewidywalny.

Oczywiście ambicje zawsze pozostały. Tylko cele, które są mi wyznaczane nie mają tak napiętych „deadlinów”.

Staram się zaskakiwać pozytywnie, ale często przychodzi też frustracja:( Analiza poniższego arkusza sporządzonego w przedszkolu nie daje złudzeń- POSTĘPÓW BRAK:(

Ocena Postepów

Umiejętności

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czy rzeczywiście przez ponad pół roku stoję w miejscu? Czy wysiłek moich terapeutów, rodziców poszedł na marne?  Gdzie efekty wielu godzin pracy, ostatnich zastrzyków?

Na szczęście nie wszyscy  mierzą mnie „standardową miarą”. Wymagają ode mnie,  starają się traktować normalnie, ale nie poddają się w poszukiwaniu klucza do rozwoju moich umiejętności.

farby

Dziękuję za wytrwałość p. Danie, p. Marcie i cioci Małgosi. Ich indywidualne metody przynoszą prędzej czy później pozytywne rezultaty i szczerą pochwałę: „Pola jestem z Ciebie dumna”:) To mnie motywuje, chcę więcej.

 

 

 

Mikołajek rządzi!

Mikolajek last
Zaczęło się całkiem niewinnie. Pierwszą książkę o przygodach francuskiego chłopca, Mikołajka  wypożyczaliśmy z biblioteki. Po niej pojawiała się druga, trzecia i kolejne. Razem z Tymkiem chcieliśmy więcej i więcej. Opowiadania przeczytane po kilka razy, przesłuchane  i niestety obejrzane do zdarcia płyty. Efekt-cytaty  bandy Mikołajka na dobre zagościły w naszym słowniku.  Najbliżsi wiedzą, że nie ma ze mną co zaczynać, bo szybko uruchamiam „fangę w nos”. Jednocześnie mnie nie
Ostatnio nawet w wersji giga, wraz z hasłem przewodnim (hmm no prawie jak w oryginale).

No bo co w końcu, kurczę blade!!

Mikołajek towarzyszy nam jak nikt. Książka, film, teatr. Od porannej kawy, do wieczornego usypiania. Wszelkie gry, ćwiczenia terapeutyczne zdecydowanie idą szybciej do przodu, jak mama przemyci  w nich postać Mikołajka. To jedyne gadżety, dla których jestem w stanie w sklepie rozkręcić awanturkęJ

Póki co nie ma na horyzoncie bohatera dla którego Mikołajek zszedłby na dalszy plan. Może się stać tak jak w przypadku francuskiego męża mamy koleżanki, nigdy nie wyrosnę z „Mikołajkowego szaleństwa”.