Kajetany- sposób na zbliżenie się do własnego dziecka

Regularne badanie słuchu to dla mnie konieczność. Musze przyznać, że w Kajetanach całkiem nieźle to wymyślili. Taka wizyta to nie tylko badanie, ale i idealny sposób dla wszystkich rodziców, którzy tak jak moi rzadko kiedy są w stanie poświęcić  tylko mi  4 -5 h . 100% uwagi tylko dla dziecka.  No prawie,  bo jednak trzeba śledzić czy na magicznych ekranach nie pojawił się mój nr pacjenta.

Idealny szpital

Niby jestem tu po razy nasty, niby przygotowana (książki, prowiant, naładowany telefon:), niby nie powinno być zaskoczenia  … a jednak zawsze się nastawiamy, że tym razem musi pójść sprawnie. Ten kompleks leczniczy zawsze robi na nas wrażenie. Nawet leżąc tu na oddziale nie dają odczuć, że jesteś w szpitalu. Tak wyglądał mój sierpniowy pobyt.

ABR w Kajetanach. Halo czy na pewno dobrze trafiłam:)? Tak powinien wyglądać. W Kajetanach nie ma nudy. szpital. P
ABR w Kajetanach. Halo czy na pewno dobrze trafiłam:)?

 

 

 

 

 

 

Idealny Pacjent

Dlatego szanując ogromny trud zachowuję się jak wzorowy pacjent, ochraniacze muszą być:)

Ochraniacze muszą być
Ochraniacze muszą być
77 w kolejce, nie jest źle:)
77 w kolejce, nie jest źle:)

 

 

 

 

 

 

 

Przede mną tylko 76 pacjentów (godz 9:40), hmm pewnie nie uda się załatwić wszystkich zaplanowanych na dziś spraw.Początkowe nastawienie jak zawsze pozytywne. Mikołajek może nie zaskoczy, ale na pewno nigdy się nie znudzi.

Z Mikołajkiem mogę tu trochę posiedzieć:)
Z Mikołajkiem mogę tu trochę posiedzieć:)

 

 

 

 

 

 

 

Idealna konsultacja

Pierwsza konsultacja odrywa od lektury bardzo szybko. Kamerka, haczyk, jeszcze raz kamerka, mini odkurzacz, kolejny raz kamerka i uszy wreszcie są czyste, gotowe na serię badań. Powrót na korytarz i zaczyna się znane wszystkim jego bywalcom wyczekiwanie numerka, który ma się pojawić na jednej z magicznych tablic. Pierwsze dwie godziny jestem  super dzielna i zabrany zestaw lektur pochłania mnie bez reszty.

Pola na ulicy Czereśniowej
Pola na ulicy Czereśniowej

 

 

 

 

 

 

 

Tłum na korytarzu bez zmian  ten sam tzn. Zmieniają się twarze i tak pokonujący korytarzowe kilometry dwulatek zwalnia miejsce głośno dyskutującym nastoletnim graczom, maluch w wózku po przetestowaniu walizki  zabawek odpuszcza i w końcu pada, narzekający starszy pan ma dość i całkiem rezygnuje. Mija trzecia godzina, a wraz z nią szanse, że zdarzę na moje cotygodniowe zajęcia w OWI, nie mówiąc już o szkole rejonowej, której w końcu muszę wytłumaczyć dlaczego nie  mają co się mnie spodziewać w tym roku. Kończy się czwarta godzina oczekiwania i całe prowiant zabrany  z domu. Na więcej nie ma co liczyć, bo przecież nie wyskoczymy do baru, żeby nam kolejka minęła:) Ci co zjawili się tu całą rodziną  mają więcej szczęścia i nawet prawdziwą majówkę są w stanie zorganizować przed drzwiami gabinetu. Ja sobie grzecznie siedzę wtulając się w mamę, wspólne chwile w końcu bezcenne. Czasem już nie wytrzymuję, wstaję  i …

Głupawka po 4h
Głupawka po 4h

 

 

 

 

 

 

 

W końcu książkę zastępuje telefon i zaczyna się prawdziwa zabawa.

Selfie pod gabinetem
Selfie pod gabinetem

 

 

 

 

 

 

 

Idealne badanie słuchu

Nagle moje wygłupy przerywa dźwięk z tablicy potwierdzający, że teraz to jest mój czas,  moje badanie słuchu. Wchodzę na pewniaka, bo wiadomo, że po drastycznym czyszczeniu ucha już nic złego mnie tui nie spotka. Mama już od 4h zapowiadała, że tym razem czeka na mnie interaktywna gra. Dziwne, ale mimo tylu godzin czekania nie straciłam cierpliwości i wyjątkowo szybko, bez wiercenia, marudzenia przechodzę przez kolejne badania słuchu. Na koniec zostawili najfajniejsze, coś niedostępnego dla malucha, za którego byłam do tej pory brana. Dostaję do ręki magiczny guzik, na uszy wielkie słuchawki i możemy zaczynać. No prawie bo ja może jestem cierpliwa, ale mama niekoniecznie. A okazuje się, że jako stojak na kable do mojej „gry” musi. Po krótkiej, ale dosadnej uwadze Pana technika zamienia się w słup soli i teraz rzeczywiście lecimy. W trakcie gry strateg dostosowuje zasady do mojego poziomu i zamiast sygnalizować dźwięki guzikiem mam mówić kiedy i w którym uchu słyszę. Wszystko idzie dobrze do momentu jak mnie Pan technik trochę podpuszcza i pyta w którym uchu słyszałam dźwięk, którego w ogóle nie było. Ja jak młody pelikan łykam  i odpowiadam cokolwiek. Tym sposobem dochodzimy do etapu „GAME OVER”:( No nic pewnie następnym razem pójdzie lepiej, dopracuję strategię i trak szybko nie polegnę:)

BILANS

5 h mile spędzone  z ukochaną mamą, głównie na korytarzu poradni w Kajetanach; czyste uszy; zjedzone babeczki dyniowe, ciasteczka bezcukrowe; wypita woda, soczek; zagrane; poczytane; pogadane… szkoda, że na koniec smutna wiadomość- jest niedosłuch  na jednym uchu. W sumie to tylko raz wyszłam stąd bez niego, będzie dobrze, trzymajcie kciuki:)

 

 

 

Bo zawsze warto spróbować

Udało się, zimowy wyjazd w góry nareszcie przypieczętowany. Prawdziwe narty, prawdziwy instruktor, prawdziwy orczyk, prawdziwa górka i prawdziwa ja:)
narty

Warunki nie były łatwe- mgła, widoczność na jakieś 10 m, zacinający deszcz, zmarznięty śnieg. Wyzwanie teoretycznie nie było wielkie- zjazd ponad 300 m. Jednak w praktyce dla moich małych stóp i wiotkich nóg pierwszy zjazd okazał się prawdziwym wyzwaniem. Kilka lat obserwowałam pod stokiem jak jeżdżą inni. Dwie próby zapoznawcze z nartami  i jazda. Nie było taśmy, nie było wyrwirączki i szkółki dla maluchów. Były moje chęci, determinacja  najbliższych i cierpliwa instruktorka.

Czy pierwsza próba zmotywuje do dalszej pracy? Czas pokaże. Trzymajcie kciuki. Pewnie będzie potrzebne kilka lat żeby rodzinne wyjazdy na narty wyglądały „normalnie” nie tylko na zdjęciu.

narty, rodzina, śnieg, ferie, uśmiech, warto próbować,

Zawsze warto próbować. Niemożliwego nie osiąga na pewno ten kto nie próbuje:)

SZACH-MAT

Ostatnie tygodnie mnie nie oszczędzały. Katary, zapalenia, biegunki, antybiotyki i wreszcie ta straszna bakteria, która sponiewierała moje dwudziestokilogramowe ciało, zmniejszając jego  gabaryty o jakieś 15%.  Do tego moja upartość zdominowała całą mnie.  Podobnie jak w szachowym „macie”,  jestem w sytuacji bez wyjścia. Pozamiatane.

Jednak odizolowana od kolegów, przedszkolnych wydarzeń, terapii staram się nie wypadać z rytmu. szach-mat

Od zawsze uczę się głównie przez naśladowanie. Zapamiętuję dużo mniej niż przeciętny 6-latek, ale to co zostaje naprawdę długo potrafię wykorzystać. Szkoda, że tylko wśród bliskich mi osób. Babcia, czy Dziadek pewnie by nie uwierzyli, że przekroczenie gabinetu psychologa, terapeuty zazwyczaj równa się paraliż mojego aparatu mowy:(  To samo dzieje się na przedszkolnych przedstawieniach, czy w ogóle zajęciach grupowych. Ta rozgadana Polka, udzielająca rad swojemu bratu (Tymek, nie wolno jeść tak dużo czekolady), motywująca przyjaciół podczas gry w szachy (Filip, jesteś naprawdę dobry:), rozkminiająca  na głos relacje z drzewa genealogicznego, czy związki przyczynowo-skutkowe zjawisk przyrodniczych obserwowanych na podwórku babci,  dyskutująca na każdy temat ze swoja terapeutką Daną, coraz częściej zamienia się w milczącą skałę. Wiem, że w ten sposób tylko zrażam do siebie dzieci, nie daję możliwości wystawiać sobie wyższych not w testach i innych ocenach. Sama siebie szufladkuję do tych co nie potrafią, są słabsze, gorsze i nie ma co w nich pokładać żadnych nadziei:( Tych co coraz większymi krokami zmierzają do szkoły specjalnej, a nie jak wskazywały pierwotne założenia psychologów, ambicje rodziców, czy ogólna opinia o możliwościach integracji.                                                                                                               Czy zatem moja walka o normalność została zakończona? Czy na pewno byłoby „normalnie” gdybym kontynuowała swoją ścieżkę edukacyjną wśród dzieci bez znacznych „obciążeń”? Nikt nie lubi szufladkowania. Tylko jak zintegrować się z „normalną” częścią społeczeństwa, jak  stać się jednym z nich. Jak czuć się swobodnie, jak pozostać sobą?

Coraz częściej zaczynam wątpić, że jest to możliwe:(

Blogerka Polka inspiruje na Święta

IMG_6633 (1)Czas Świąt, czas prezentów, czas obdarowywania najbliższych. Wszyscy czekamy na ten moment, kiedy po długim odliczaniu, pod pięknie ubraną, pachnącą choinką odnajdujemy swój wymarzony prezent. Tylko skąd  Mikołaj, Gwiazdka, czy inna dobra istota wiedzą co chcemy dostać, co nas ucieszy, co się przyda i zadowoli na dłużej niż do wyjścia z wigilijnej kolacji?  Onlinowych inspiracji jest z roku na rok coraz więcej. Blogerzy przeczesują dla Mikołaja internet, żeby znaleźć najbardziej dopasowane produkty do najbardziej wybrednych użytkowników. Żeby Mikołaj nie kierował się tylko modą, ale również różnymi preferencjami i potrzebami. Żeby mógł zaoszczędzić i obdarować wszystkich:)

Ze mną jest naprawdę ciężko. Z jednej strony dużo nie potrzebuję, radość sprawiają mi naprawdę zwykłe drobnostki. Gorzej znaleźć rzecz, na którą rzeczywiście zwrócę uwagę  w codziennej zabawie. Dlatego wszelkie lalki, szczególnie te z nogami po samą szyję, zabawki „edukacyjne” z dźwiękami o  częstotliwości nieakceptowalnej przez większą część społeczeństwa, pozostają nierozpakowane, przekazane innym dzieciom.

W tym roku Mikołaj ma prościej przygotowałam dla niego długąąąąąąąąąąą listę. Może okaże się inspiracją  również dla innych dzieci?IMG_6588

 

Tak, tak nie jest pewnie uniwersalna, tak jak nie są uniwersalne potrzeby wszystkich dzieci lat 6. Pamiętajcie my mamy już swoje zainteresowania. W moim przypadku od jakiś 3 lat prezentem trafionym w punkt jest nowa książka lub inny gadżet związany z nieśmiertelnym Mikołajkiem. Jednak na pierwszym miejscu znalazły się inne rzeczy. No cóż musiałam być wyjątkowo głodna. Mikołaju, tę potrzebę już od napisania listu rodzice zaspokoili kilkukrotnie, zatem kluski z makiem, czekoladki  i kakao w innej postaci możesz sobie darować:)

Zdjęcia? nie koniecznie mojego autorstwa, bo jak widać narzędzia też są mi potrzebne.

Lego? musiało się pojawić żeby całkiem nie wykluczyli mnie z grupy. Chociaż nie całkiem rozumiem ten fenomen. W moim przypadku wykorzystywane jest tylko podczas ćwiczeń z mamą. Dobrze, że brat zadbał wcześniej w swoich listach do Mikołaja i teraz z ludzików Duplo można odtworzyć całą przedszkolną grupę:)

Bluzka?– nie, nie musi być różowa, z Frozen czy inną księżniczką, z Mikołajkiem pewnie nie dostaniesz, więc tutaj nie mam specjalnych preferencji, no może oprócz dużego dekoltu żeby łatwiej przez głowę przechodziła i żeby udowodnić wszystkim Paniom Przedszkolankom, że potrafię się sama ubrać i rozebrać.

Rower?- w sumie bardziej by mi się przydała umiejętność jazdy, może nowy, wypasiony model mnie lepiej zmotywuje? Niby dlaczego tata chce swój całkiem nowy i sprawny  już wymieniać?

Na koniec to co najważniejsze MIKOŁAJEK- to co pozwala mi zasypiać każdego dnia, co umila popołudnia moim misiom, kiedy czytam im przygody pogodnego chłopca. To co łatwiej mnie identyfikuje. Tutaj mnie pewnie Mikołaju nie zaskoczysz, ale jest kilka egzemplarzy na tyle zużytych, że chętnie podmienię:)

Pozdrawiam przedświątecznie i nie zapomnijcie zainspirować  i podziękować swoim Mikołajom:) Ja dla mojego upiekłam dziś całą górę pierników, druga  poszła tradycyjnie do kosza bo ciut za ciemna wyszła:)

Ugniatam ciasto na pierniczkiWałkuje ciasto na pierniczki

Moje milowe kroki bez narzuconych „deadlinów”

Kapitan
Jedna z pierwszych mądrych porad, jaką usłyszeli rodzice
po moim urodzeniu, była  zawarta w słowach doświadczonego rodzica niepełnosprawnego dziecka: „zobaczycie każdy jej mały postęp będzie dla was niebywałym sukcesem”. Tak się stało. Cieszą się z moich postępów, ale głównie najbliżsi. Tylko oni widzą je w innej skali. No bo dla kogo sukcesem byłaby np. umiejętność picia ze słomki? Tylko dla tych, którzy wiedzą, że zanim ją opanowałam wiele dni chodziłam z rurką akwarystyczną i wciągałam napoje jakimś skomplikowanym sposobem razem z ciocią.  Wolniejszy rozwój ma też swoje plusy, nic nie umyka, pozwala nacieszyć się rozwojem dziecka na każdym etapie. Nie ma tego nerwowego porównywania co powinno robić dziecko mając 3, 6, 12 miesięcy. Troski dlaczego jeszcze nie siedzi, chodzi, mówi skoro wszyscy rówieśnicy już to robią. Z założenia stałam się wyjątkowa, a mój rozwój nieprzewidywalny.

Oczywiście ambicje zawsze pozostały. Tylko cele, które są mi wyznaczane nie mają tak napiętych „deadlinów”.

Staram się zaskakiwać pozytywnie, ale często przychodzi też frustracja:( Analiza poniższego arkusza sporządzonego w przedszkolu nie daje złudzeń- POSTĘPÓW BRAK:(

Ocena Postepów

Umiejętności

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czy rzeczywiście przez ponad pół roku stoję w miejscu? Czy wysiłek moich terapeutów, rodziców poszedł na marne?  Gdzie efekty wielu godzin pracy, ostatnich zastrzyków?

Na szczęście nie wszyscy  mierzą mnie „standardową miarą”. Wymagają ode mnie,  starają się traktować normalnie, ale nie poddają się w poszukiwaniu klucza do rozwoju moich umiejętności.

farby

Dziękuję za wytrwałość p. Danie, p. Marcie i cioci Małgosi. Ich indywidualne metody przynoszą prędzej czy później pozytywne rezultaty i szczerą pochwałę: „Pola jestem z Ciebie dumna”:) To mnie motywuje, chcę więcej.

 

 

 

Mikołajek rządzi!

Mikolajek last
Zaczęło się całkiem niewinnie. Pierwszą książkę o przygodach francuskiego chłopca, Mikołajka  wypożyczaliśmy z biblioteki. Po niej pojawiała się druga, trzecia i kolejne. Razem z Tymkiem chcieliśmy więcej i więcej. Opowiadania przeczytane po kilka razy, przesłuchane  i niestety obejrzane do zdarcia płyty. Efekt-cytaty  bandy Mikołajka na dobre zagościły w naszym słowniku.  Najbliżsi wiedzą, że nie ma ze mną co zaczynać, bo szybko uruchamiam „fangę w nos”. Jednocześnie mnie nie
Ostatnio nawet w wersji giga, wraz z hasłem przewodnim (hmm no prawie jak w oryginale).

No bo co w końcu, kurczę blade!!

Mikołajek towarzyszy nam jak nikt. Książka, film, teatr. Od porannej kawy, do wieczornego usypiania. Wszelkie gry, ćwiczenia terapeutyczne zdecydowanie idą szybciej do przodu, jak mama przemyci  w nich postać Mikołajka. To jedyne gadżety, dla których jestem w stanie w sklepie rozkręcić awanturkęJ

Póki co nie ma na horyzoncie bohatera dla którego Mikołajek zszedłby na dalszy plan. Może się stać tak jak w przypadku francuskiego męża mamy koleżanki, nigdy nie wyrosnę z „Mikołajkowego szaleństwa”.

 

Weekendowo na sportowo

sport, rodzina, zespol downa, rower, konie, zawody

Jak z każdą terapią, tak i ze sportem. Nigdy nie jest za dużo. Dla mnie zawsze pozostanie dostępny tylko ten bardzo, bardzo amatorski. Nikt nie ma ambicji robić ze mnie sportsmanki. Sport w naszym wydaniu ma umilać czas wolny, być alternatywą do siedzenia w domu i oglądania bajek (o zgrozo NIE!!!), integrować rodzinę, nabywać nowe umiejętności, utrzymać nasze ciało smukłe i zdrowe, uczyć przeżywać porażki i cieszyć się sukcesem, motywować do osiągania więcej, więcej, więcej.

W ostatni weekend z czystym sumieniem możemy odhaczyć punkt po punkcie.

Najważniejsza była akcja ROWER.  Ja w dalszym ciągu się nie przekonałam (chociaż gotowość już widać), więc pozostało mi kibicowanie, a było komu). Na pierwszy rzut poszedł Tymek. To dla niego pierwszy poważny start. Wydawać by się mogło, że zupełnie nie odziedziczył „genu rywalizacji”. Błąd. To, że ostatni przekroczył linię start nie oznacza, że  się poddał. W odpowiedzi na pytanie mamy „Tymciu dlaczego nie wyprzedzasz? Dawaj, jesteś ostatni”. Odpowiedź mogła się wydać załamująca: „mamo ja mam taką strategię, żeby być ostatnim…(załamanie mamy)…po to żeby mieć więcej osób do wyprzedzania”. Co prawda wszystkich nie wyprzedził, ale sport to też umiejętność godzenia się z porażką i budzenie nowych ambicji. W przypadku Tymka zadziałało. Ma ambitny plan zapisać się do klubu kolarskiego. Niech z tych z ambicji zostanie połowa- regularne przejażdżki rowerowe, a będzie sukces.  Póki co to ja jestem lepiej przygotowana.

rower, sport, pola na rowerze

 

 

 

 

 

Sportowy weekend nie skończył się na rowerach. Po wielu przymiarkach odbyła się moja pierwsza jazda na prawdziwym koniu. Trafiłam na dużego, ale bardzo łagodnego konia- Halifę. Po 3 godzinach na słońcu (kibicowanie Tymkowi i Tacie), nie byłam specjalnie chętna do ćwiczeń i współpracy. Jednak za duży toczek, spadający co chwila na oczy, sam wymusił ruch.

Na koniec coć na pograniczu sportu i rekonstrukcji historycznych. Flis 400-lecia  z Ulanowa do Gdańska miał swój planowany postój k/ Kozienic. Byłam, zobaczyłam, dziwiłam.  tratwa

 

 

 

 

Rozpędzona sportowym weekendem kontynuowałam ten trend w tygodniu. Najpierw po wielu tygodniach przerwy (przewlekły katar, kaszel, płyn w uszach) wróciłam na basen. Jak zawsze przekonana o swoich niezwykłych umiejętnościach unoszenia się na wodzie bez żadnych zbędnych zabezpieczeń. Mam nadzieję, że mój nauczyciel (wracam, do niego niebawem) zauważy mój ponadprzeciętny brak lęku i  samodzielne pływanie okaże się tylko kwestią czasu. Kolejnym sportowym wyzwaniem był „Dzień Sportu” w przedszkolu. Tutaj już takiej wiary w moje sportowe umiejętności nie ma. Chociaż następnego dnia, jak wjechałam  na teren przedszkola śmiałym szusem  na hulajnodze, pierwsze co usłyszałam od chłopaków z grupy to „Pola ścigamy się”? Może jednak widzą we mnie równego przeciwnika?

Jedno jest pewne- w „domowym” sporcie nie mam taryfy ulgowej. Wszyscy wierzą, że już niedługo przyłączę się do przejażdżek rowerowych, czy wycieczek górskich. Fajnie by tez było znaleźć coś swojego, coś w czym byłabym naprawdę DOBRA.

U nas już lato

Po czym poznać, że nadchodzi lato?

Tak, zapach czuje się w powietrzu, noce stają się cieplejsze, widmo komarów i kleszczy staje się coraz bardziej realne,  a wszyscy zaczynają coraz szybciej odliczać czas do zakończenia roku szkolnego. Czekamy na ten luz, brak grafików, błogi spokój i dziką radość. Pierwszym krokiem żeby poczuć jak blisko jest lato może być doświadczenie świata gołą stopą.

W tym roku już zaliczone. Sezon na „dzień bez butów” uznaję za rozpoczęty. Trawka, zjeżdżalnia , hulajnoga – pikuś. Dłużej trzeba siedzieć w wannie jak się beztrosko przemierza niezagospodarowane zakątki podwórka. Po całym dniu ciężko znaleźć na mnie czysty fragment.

Lato na bosaka

Lato tak naprawdę zaczyna się tuż po przebudzeniu. Śniadanie na tarasie smakuje zupełnie inaczej, moje liczenie idzie dużo sprawniej, a Tymka praca domowa zdecydowanie ciekawsza i łatwiejsza.

Po pracy same przyjemności, chociaż praca nad szpagatem Tymka trochę trwała. Echhh zupełnie nie rozumiem takiego braku elastyczności:)

szpagat

Pola- Pani dobra rada

Jeśli ktoś dzieliłby dzieci na te kulturalne, uprzejme, zdyscyplinowane i posłuszne  oraz  niegrzeczne, roztrzepane,  bałaganiarskie i chaotyczne pewnie znalazłabym się w tej pierwszej grupie.

Nawet nie wiem jak to się stało, ale reguły tzw. „dobrego wychowania” mam opanowane do perfekcji. Dlatego jeśli ktoś w moim otoczeniu o nich zapomina szybko przywołuję go do porządku. Najczęściej zdarza się to Tymkowi. Niby nad tym pracuje, ale efekty póki co skromne. To ja stoję na straży kiedy i jak ma się przywitać, pożegnać, uciszam jak jest za głośno, sprzątam za niego i przypominam o odrabianiu lekcji. Ostatnio zabłysnęłam również swojej mamie. Wizyta w sklepie obuwniczym  była tego najlepszym przykładem. Po przymierzeniu chyba wszystkich sandałów dostępnych w moim rozmiarze moja cierpliwość niestety nie została wynagrodzonaL  Wychodzimy z niczym, zmierzając do samochodu. Wtedy ja grzecznie zwracam uwagę- Mamo hulajnoga została! No cóż, po kimś Tymcio swoje roztrzepanie musi mieć (z zagubionych rzeczy w szkole można by już przygotować wyprawkę dla całej klasyJ Nie tylko jestem poukładana, ale naprawdę  staram się być bardzo uprzejma. Pewnie trochę nadużywam słowa przepraszam, ale nie umknie mi jeśli ktoś wypowiada je za rzadko. Schodzimy ze schodów, wymuszamy pierwszeństwo, zatem przydałoby się wypowiedzieć jakieś magiczne słowo. Cisza. Włączam się więc- Mamo co się mówi? Mama- ???; Ja- No co się mówi: przepraszam, proszę?; Mama-Przepraszam???; Ja- No właśnie – Przepraszam:)

Na szczęście nie zawsze szufladkowanie się sprawdza. Mimo, że jestem zdyscyplinowana, sama pilnuje swojej dawki ćwiczeń, regularnego rytmu dnia to  mój upór nie pozwala mi być zawsze zdyscyplinowaną dziewczynką. Śpiewać, tańczyć na zawołanie. Podobnie niestety reaguję na kontrolne wizyty np. u logopedy (nie te, do których jestem przyzwyczajona). Potrafię przez dobry kwadrans milczeć, już otwiera się szuflada, ale na szczęście wkracza mama. Mój upór mija, a moja wyobraźnia bez granic daje swój popis niesamowitej historii – ja + paczka dzieci z przedszkola wsiadamy do auta i ja jako kierowca wiozę nas na niezapomniana wycieczkę nad morze. Całość wypowiedziana zrozumiale, z dużą liczbą przymiotników nadających tej historii jeszcze więcej emocji. Można, można. Tylko niestety nie na zawołanie.

Sandomierz na hulajnodze

Tak, nie mogę przekonać się do roweru:( Na rowerze biegowym nie jestem w stanie utrzymać równowagi. W zwykłym nie mogę  pojąć o co chodzi z tymi pedałami. Na nic obserwacja  Tymka. Nie motywuje mnie realne zagrożenie braku udziału w ” rodzinnych rajdach rowerowych”- niestety moja waga dochodzi do granicznego poziomu rowerowych fotelików. Na szczęście jest… HULAJNOGA

To na niej przemierzam ostatnio trasę przedszkole- przystanek tramwajowy-metro-przystanek autobusowy-dom:)

To na niej razem z Tymkiem pędzę do szkoły, byle zdążyć przed dzwonkiem.

Sandomierz

To na niej zwiedzam polskie zakątki. Jak widać podczas zwiedzania moja hulajnoga nie ma barier. Nie ważne czy to bruk, stary chodnik, czy trawa. Oczywiście rodzice mi nie odpuszczą i prędzej, czy później na rower też znajdą sposób. Dla nas niemożliwe nie istnieje.